Jak zostać pilotem liniowym

sobota, 24 października 2009

Kolejnym przedmiotem na kursie były procedury i kontrola ruchu lotniczego. Wykłady z tej tematyki były prowadzone przez kontrolera z Okęcia i łączyły w sobie elementy nawigacji, radionawigacji, łączności i procedur. Omawialiśmy takie zagadnienia jak QNH, QFE, QNE, QFF, OCA, OCH, MDA, MA, holdingi, segmenty podejścia, markery (OM, MM, IM), localizery PAP-y, PAF-y, SID-y, STAR-y, FIX-y, ASDA, TODA, TORA, wyliczaliśmy warstwy przejściowe, poziomy lotu, itd. Część teoretyczna była naprawdę rozległa. Podczas każdego wykładu była też część praktyczna, gdzie musieliśmy wszystko wyliczać, demonstrować i rysować na tablicy. Jednym z ćwiczeń było to, że wykładowca bawił się w samego siebie, czyli był kontrolerem, który nam - przyszłym pilotom kazał wykonać pewne manewry na tablicy, np. wykręcić holding nad jakimś przesuniętym fixie, przechwycić radial, zrobić zakręt proceduraly w oparciu np. o VOR/DME, itd. Gdy kolejni ochotnicy byli proszeni na środek sali do tablicy, aby zaprezentować swoją erudycję (a częściej jej brak) wyglądało to jak w tym kawale:

Na ćwiczeniach z biopsychologii doktor zadaje pytanie z wyświetlanego właśnie slajdu i wybiera studentów do odpowiedzi:

-Może pan?
Cisza...
-A może pani?
-Ja nie wiem...
-No to może pan?
-Ja nie widzę...
- Ooo...widzę, że bawimy się w szkołę specjalną.

Instrumenty (przyrządy pokładowe) - kolejny przedmiot, który należy przyswoić byly dużym rozczarowaniem. Wykładowca mówił o puszkach aneroidowych i różnicowych, busolach, wysokościomierzach - własciwie o wszystkich tych przyrządach, które macie w VFR-owej cesnie. Nie wiem jak wy, ale ja nie mogę już słuchać o kompensacji busoli, błedzie pociągania cieczą, wymieniać jakie ciśnienie pobiera rurka pitota, czy słuchać mądrości o tym gdzie jest puszka różnicowa, a gdzie nie. A gość właśnie o tym gadał ze szczególnym namaszczeniem, mając na stole przed sobą karton rupieci, z którego co nóż wyciągał jakieś stare części ze złomowanych samolotów, co gorsza rosyjskiej prowieniencji. Wykładowcy od razu daliśmy ksywkę złomiarz. Myślałem, że więcej uwagi poświęcimy takim przyrządom jak RMI czy HSI, ale było to próżne oczekiwanie. Jedynym „ekscytująym” momentem wykładu było trzymanie w ręku puszki aneroidowej. Takie małe g. a tyle o to pytań w bazie PPL i ATPL!

Zasady lotu to przedmiot, którego nie da się ciekawie wyłożyć. No chyba że ktoś lubi słuchać o kątach natarcia śmigła, malejącycym bądź rosnącym IAS-ie, TAS-ie oraz Machu krytycznym. Gdy zobaczyłem wykładowcę, od razu w myślach się z nim solidaryzowałem, że wszystkich nas czekają godziny męki - on będzie się męczył mówiąc, a my słuchając. A tu miła niespodzianka! Kapitan Eurolotu wyłożył temat magicznie, bo zamiast rysować tuzinami wykresy i pisać wzory niczym na wykładzie fizyki teoretycznej, zaczął wszystko od innej strony, a mianowicie mówił, czym się różni małe latanie (GA) od latania na dużych maszynach. I mówił fascynująco. Zupełnie jak w tym kawale:

Wy tu się weselicie, a mnie papuga zdechła...

- Nie gadaj, ot tak sobie zdechła?

- Nie, k***a, z efektami specjalnymi.

Po tym wykładzie utwierdziłem się po raz kolejny w przekonaniu, że niczego tak bardzo nie pragnę, jak latania w liniach. Zamiast zdezelowanej puszki aneroidowej dostaliśmy do rąk prawdziwego MEL-a (minimum equipment list) z ATR 72 i mogliśmy się choć trochę poczuć jak przyszli piloci liniowi. Magia była pełna, gdy wykładowca omawiał znaczenie różnych call-out'ów, white i red buga czy w końcu gdy zdradził nam co to jest rukojadka. Czułem się jak mały chłopiec, któremu mama czyta do poduszki książki Szklarskiego albo Karola Maya i który oczyma wyobraźni widzi rzeczy wielkie i wspaniałe, rzeczy które stają się jakimś przedziwnym imperatywem dającym motywację do tego, aby ich kiedyś doświadczyć. Po zakończeniu zajęć czułem się jak widz na sali kinowej gdy zapala się światło, a magia filmu, który właśnie się skończył wciąż jeszcze trwa. Za ten wykład cpt. Jackowi Ornackiemu mówię wielkie dziękuję. CDN

wtorek, 04 sierpnia 2009

Po dzisiejszym dniu powinienem zaprzestać działalności notam.pl kończąc blog wpisem, że jak chcesz zostać pilotem liniowym to wal z łapówą do ULC-u, bo to jest najprostsza droga do lotniczej chwały. Jeśli doniesienia, które serwują nam stacje telewizyjne potwierdzą się i wyjdzie na to, że LKE to banda łapowników, będzie można zwyczajnie załamać ręce. Widok urzędasów z LKE wyprowadzanych w kajdankach przez CBA  jest jednym z tych, za które nie zapłaci się kartą Mastercard. Dla mnie widok o tyle szokujący, że mimo rozmytych w TV twarzy rozpoznałem 3 osoby, które jeszcze w lipcu widziałem w ULC-u podczas swoich egzaminów ATPL. Ba z panią, która od dzisiaj zamiast nazwiska będzie używać literki z kropką uciąłem nawet pogawędkę! Trzymam kciuki za CBA, prokuraturę i policję dołączając gorące życzenia wyrwania wszystkich chwastów z ulicy Flisa 2.

poniedziałek, 27 lipca 2009

Przychodzi facet do lekarza i mówi:
- Ugryzły mnie dwa psy.
- A szczepione były?
- Tak, dupami.
  

Bingo, zgadliście. Kolejnym przedmiotem na kursie ATPL była łączność.

Mao Tse Tung dał narodowi chińskiemu czerwoną książeczkę, nasz wykładowca swoją niebieską uszczęśliwia od kilku lat adeptów latania w Polsce. Zajęcia z łączności z naszym polskim guru składały się głównie z ćwiczenia frazeologii w języku angielskim i miały wymiar czysto praktyczny. W ich trakcie odbywaliśmy wirtualne loty na wybranych przez wykładowcę trasach. Najpierw na ścianie pojawiała się karta lotniska (np. Düsseldorf) i po kolei ćwiczyliśmy co i w jakiej kolejności pilot powinien powiedzieć (np. Düsseldorf Tower SP ABC ready to copy clearance, request start-up, request pushback, request taxi, holding short runway 21, ready for departure, taking off, airborne runway heading, itd). Potem pojawiał się SID i kontynuowaliśmy wycieczkę, następnie mapa trasowa, STAR,karta lotniska, a my cały czas wesoło gawędziliśmy w języku przypominającym angielski. Na koniec byliśmy tak wprawni, że poziom naszej maestrii w komunikacji lotniczej może oddać tylko ten dowcip:

W pociągu, w jednym przedziale jadą Indianin i kowboj.

Kowboj pali fajkę i puszcza kółka z dymu. Nagle odzywa się Indianin:
- Jeszcze jedno słowo a dostaniesz w pysk!!!

Można by pomyśleć, że jako anglista setnie nudziłem się na tych zajęciach, a było wręcz przeciwnie. Pokazały one przede wszystkim jak często i dużo musi się pilot „nagadać” podczas niewinnie wyglądającego 1,5 godzinnego lotu. Na trasie z Düsseldorfu do Berlina należało się odezwać grubo ponad 50 razy. Sic!

Procedury (operational procedures) na papierze wydawały się nieciekawym przedmiotem opartym na JARach OPSach, a w rzeczywistości okazały się prawdziwym przebojem kursu, głównie ze względu na wykładowcę - cpt. Ireneusza Puchałę. Przedmiot na pierwszy rzut oka niepozorny, okazał się być prawdziwą kobyłą. Cóż w lotnictwie nie jest proceduralne? Proceduralna jest i ilość i rodzaj gaśnic, łomów, siekier, megafonów, kamizelek, tratw ratunkowych oraz masek tlenowych na pokładzie samolotu. Procedura opisuje rodzaje i kolor płynów odladzających, hydraulicznych, do spryskiwaczy, do WC, itd. Nie omija architektury lotniskowej, kolorów i rodzaju oświetlenia pasów i samolotu, dyktuje minima podejścia, prędkości, separacje, mówi nawet o tym jak proceduralnie zrobić ... hm ... siusiu podczas lotu w załodze wieloosobowej. Dzięki procedurom dowiadujemy się również jaka jest przepisowa wysokość liter na ogonie, a jaka na burcie samolotu, jak w razie nagłej potrzeby samolot rozcinać i jak takie miejsca zaznaczyć. Wiemy jak tankować samolot, jak musi być skonstruowany zamek do drzwi cockpitu, jak zrzucać paliwo, jak wodować, jak odzywać się do pasażerów, co im mówić i w jakiej kolejności, jaki jest niezbędny zapas bezpieczników na pokładzie samolotu, itd, itp. Przedmiot jest tak olbrzymi, a przepisy tak rozbudowane, że jak mawiali Amerykanie bez pół litra nie razbierjosz. Jak ktoś dobrze nie wykuje setek przepisów, wyjątków i liczb, to na egzaminie w ULCu będzie jak wykładowca z poniższego kawału:

Na zajęciach z balistyki major oblicza wartość sinusa kąta nachylenia działa, otrzymując wynik 2.5.

Zaintrygowany szeregowy, wiedząc, że wartość sinusa waha się w przedziale od + do - 1 protestuje. Major po krótkim namyśle odpowiada:

-Sinus kąta w warunkach bojowych osiąga wyższe wartości.

CDN

środa, 22 lipca 2009

Po wiedzę z zakresu ATPL udałem się do najbliżej położonego od Trójmiasta ośrodka lotniczego XXX (nazwy nie podaję, bo za reklamę trzeba płacić :) a w razie krytyki nikt się nie obrazi) i swojego wyboru nie żałuję. Infrastruktura bardzo przyzwoita, fajny hotel na terenie ośrodka, w pobliskim miasteczku sympatyczne knajpki, tanie wino, ogólnie atmosfera i do nauki i do imprezowania idealna. Ale zanim przejdę do sedna opowiem na rozgrzewkę stary góralski kawał, który znakomicie pasuje do dzisiejszego artykułu.

Rozmawia baca z bacą:

-Słysałem panocku, ze wy mądre jesteście. Powiedźcie ino co było pierwse: jajo cy kura?

Na to drugi baca, zamyśla się na dłuższą chwilę, drapie się po głowie i mówi:

-Oj widzę baco, że wyście tu po wpierdol a nie naukę przyszli.

Początek kursu ATPL, w którym miałem przyjemność uczestniczyć od razu przywiódł mi na myśl ten właśnie dowcip. Szef ośrodka, zwany tudzież ojcem dyrektorem, na powitanie postraszył nas, że i chodzić na wykłady będzie trzeba, i uczyć się należy, a co więcej będą i egzaminy i prace domowe, a poprawki niezaliczonego materiału będą płatne. Na dodatek co godzina na wykładzie pojawi się lista obecności. Na salę padł blady strach, że przelewek nie będzie i chyba trzeba zakasać rękawy i poważnie podejśc do tematu. Mistrz Hitchcock lepiej by tego początku nie wyreżyserował. Dalej dowiedzieliśmy się, że o ile jeszcze rok wczesniej kurs ATPL mial formę wykladów, to edycja zima wiosna 2008/2009 będzie stała pod znakiem egzaminów, pisania ponad 50 prac, tak, że każdy z nas stanie się prawie pełnowartościowym pisarzem. Jako, że zapisując się na kurs jechałem do XXX, w odróżnieniu od bacy, po naukę, wizja studiowania 14 tomów Jeppesena oraz chodzenia na lekcje jak uczniak w liceum jawiła mi się raczej jako przyjemność niż obowiązek i muszę przyznać, że z większości wykładów wychodziłem podbudowany sensowną wiedzą i pozytywną energią, że oto właśnie poznaję arkania latania przez duże L. Nauki było rzeczywiście sporo, bo przeskok między teorią PPL i ATPL jest ogromny.

Kurs zaczął się od Air Law czyli prawa lotniczego i od razu bez ogródek powiem, że zarówno na ATPL-u i PPL-u prowadzący zarżnęli przedmiot cytując paragrafy i opowiadając o swoich przypadkach, tudzież katastrofach lotniczych spowodowanych nieprzestrzeganiem zasad, co skutecznie pozwalało mi i innym kursantom myśleć o niebieskich migdałach, gdyż prawie wszystkie opowiastki pochodziły z programu Katastrofy lotnicze z National Geographic, które to wszyscy na kursie już kiedyś oglądali. Jednakże rozgrzeszam dobrodusznie wykładowcę, bo to chyba dość niewdzięczny przedmiot do prowadzenia, szczególnie jak się nie lata samemu w liniach. Tu do głowy przychodzi mi inny stary kawał:

Na akademii medycznej profesor przeprowadza egzamin ustny z anatomii. Studenci zdają dwójkami. Parę zdających stanowią chłopak i dziewczyna. Profesor zadaje pytanie: Czy w penisie jest kość?

- Nie - odpowiada student.

- Tak - odpowiada studentka

Na to profesor: Pan zdał a Pani się zdawało.

Podobnie było z naszym wykładowcą od prawka. Zdawało mu sie, że wykłada i że my go pilnie słuchamy. Późniejsza lektura Air Law Jepessena uświadomiła mi jak dużo materiału trzeba zapamiętać. Szczególnie dużo do nauki jest zagadnień związanych z separacjami (pionowymi, pozimymi, względem różnych pomocy nawigacynych takich jak np. NDB czy VOR, przy różnych prędkościach, przy tych samych prędkościach, na różnych klasach samolotów, w różnych klasach przestrzeni powietrznej, na różnych FL,  oraz w szczególnych miejscach takich jak np. MNPS), odpowiedzialnością dowódcy statku powietrznego, prędkościami i widzialnościami w różnych przestrzeniach, oraz wymaganiami licencyjnymi na poszczególne uprawnienia. Na PPL-ce więcej uwagi przykładano do historii prawa lotniczego, ze szczególnym naciskiem na konwencje, daty i różne organizacje i ich struktury. Moim skromnym zdaniem prawo na ATPL-u ma wymiar czysto praktyczny, a na PPLu była duża domieszka aspektów historycznych. Tak czy inaczej przeskok w tej dziedzinie jest ogromny, a nauki potworna ilość.

Dużo mniejszy szok przeżywamy podczas wykładów z Human Performance – (Człowiek i możliwości). Zarówno na PPL-u i ATPL-u miałem szczęście, bo przedmiot prowadzili lekarze, więc poziom nauczania był wyśmienity. W odróżnieniu od PPL, w programie ATPL bardzo rozwinięty jest aspekt psychologiczny latania. Dużo uwagi poświęca się stresowi, tak żeby pilot umiał go właściwie kontrolować np: przez powtarzanie  w sytuacji alarmowej zdania: Chcę umrzeć spokojnie, we śnie - tak jak mój dziadek, a nie wrzeszcząc z przerażenia tak jak jego pasażerowie. Sporo uwagi i czasu poświęciliśmy na omawianie różnego typu schorzeń i chorób. Z pytań z sali mozna było wywnioskować, że najbardziej typową chorobą dla zawodu pilota jest kiła, AIDS (hiv, hiv, hurra) tudzież alkoholizm i inne uzależnienia :) Chłopaki wykazaywali niebywałą chęć poznawczą tych zagadnień wychodząc pewnie z założenia, że lepiej być słynnym pijakiem niż anonimowym alkoholikiem, że kość nie byłaby taką złą rzeczą i szkoda, że to student miał rację. Nie wiem co mówi doświadczenie i jaka dolegliwość najczęściej nęka pilotów, jednakże bazy egzaminacyjne ze szczególnym umiłowaniem traktują hypoksję i hiperwentylację - pojawia się w nich dziesiątki pytań o te właśnie przypadłości. Jakby komputer dobrze losował pytania w ULC-u, to znając tylko te dwa zagadnienia można by było zdać ten przedmiot z notą powyżej 90%.

CDN 

czwartek, 21 maja 2009

 

On był stały tylko one się zmieniały. Tak pisał mistrz Sztaudynger i miał rację. To powiedzenie pasuje jak ulał również do mnie i moich podbojów. Nie, żebym się chwalił, ze swoich osiągnięć, o co to to nie. Ja po prostu nie lubię monotonii i dlatego zmieniam jak rękawiczki ... swoje trasy przelotów cross-country. Zaliczam też dużą ilość ... lotnisk. Oto krótka relacja z moich niedawnych wypadów.

Wkrótce po rozpoczęciu sezonu postanowiłem ruszyć i oblecieć najciekawsze tereny oraz wylądować tam gdzie się da. Nie chciałem wygniatać kołami trawy tylko w Elblągu i Pruszczu Gdańskim, bo jak mawia Rod Machado nie ma nic bardziej żałosnego niż pilot, który umie lądować tylko na swoim lotnisku. Jako, że ostatnio z różnych względów latam często z Pruszcza Gdańskiego, pierwszą trasą jaką wykonałem było okrążenie CTR-u Rębiechowa z malowniczym odcinkiem wzdłuż linii brzegowej Trójmiasta. Lot przeuroczy, a trasa ze startem i lądowaniem w Pruszczu Gdańskim trwa równo godzinkę. Walory widokowe są niezapomniane, zresztą co będę pisał - niech zdjęcia pokażą jakim cudownym miejscem do mieszkania jest Trójmiasto.

Moja ulica, moja dzielnica, moja Gdynia - Gdynia my love

Gdynia Orłowo - i na co nam Lazurowe Wybrzeże? U nas i lepiej i taniej :)

A ten krokodyl z oczami to sopockie molo, jakby kto pytał

Lot odbył się bez przygód i już następnego dnia, idąc za ciosem udałem się w „nowe” miejsce – poleciałem w odwiedziny do Elbląga. Mała herbatka z przyjaciółmi z AE i lot powrotny do Pruszcza. Po wizycie w Elblągu przyszedł czas na Lisie Kąty. W Grudziądzu nihil novi. Dotychczas na 10 lotów na to lotnisko Kwadrat wywoływany przeze mnie, przez radio odezwał się tylko raz i dodatkowo ustawił mnie do lądowania z wiatrem. Mała rzecz a cieszy. Tym razem nie było inaczej. Wołałem chłopaków chyba 5 razy, ale nie odpowiadali, choć ruch w powietrzu nad lotniskiem był duży. Widocznie przy barze panował jeszcze większy. A propos baru tam też nic nowego: cud gospodarczy trwa: za 5 złociszy pizza, herbata ... i spora reszta. Ewentualnie spora sraczka, ale już bez dopłaty. A serio mówiąc w Lisich bardziej od braku kierownika lotów o zawał serca przyprawia toaleta, tzn pardon SRACZ. Słowo toaleta niezbyt pasuje do tego, co kryje się za drzwiami z trójkącikiem. Gorzej jest tylko w Toruniu - jeśli w mega sraczu w mieście z piernika dostaniesz przeczyszczenia, od razu popełnij harakiri. Do tematu wrócę jeszcze na koniec artykułu w mini konkursie.

Po wizycie w Lisich udałem się do Watorowa. No proszę jaka zmiana: ładna sekretarka, czysta toaleta, w kwaterze dowodzenia Jerzy K. zwany popularnie o. dyrektorem, serwują darmową kawkę – kultura panie, kultura. I pomyśleć, że Watorowo i Lisie dzieli jakieś 15 minut lotu, no i przepaść cywilizacyjna. Polska A Polsce B każe się całować w D, że dalej pojadę Sztaudyngerem.

Kolejne wyzwanie, które sobie postawiłem dla urozmaicenia przelotów to wypad do Słupska Krępy. Potwierdzam, że tak jak w kawale w Słupsku są domki. I ładne lotnisko. I pięknie przystrzyżona trawa. I paranoja w skrótach ICAO. Normalnie lotniska są znakowane wg prostego klucza np: EPPR (Europe Poland a potem nazwa miasta, tutaj: Pruszcz), stąd wiadomo, że EPEL to Elbląg, EPGD Gdańsk, EPWA Warszawa, EPPO Poznań itd. W Słupsku są dwa lotniska: Redzikowo i Krępa. I 2 oznaczenia: EPSK i EPSR- jakby ktoś miał zgadywać pomyślałby, że EPSK = (Europe Poland Słupsk Krępa) a EPSR = (Europe Poland Słupsk Redzikowo). I fajnie by pomyślał, z tym, że jest akurat na odwrót :)

Na koniec obiecany konkurs na Aeroklubowego Mistera Sracza Polski Północnej pt:

Znasz li ten sracz czyli Aeroklubowy Klop 2009

Oto lista laureatów:

Miejsce I i tytuł Mister Mega Sracz 2009 – Aeroklub Toruński - proponowana przywieszka na drzwiach WC to cytat z piosenki Perfectu (i żywy stąd nie wyjdzie nikt), a uzasadnienie jury (za wybitne osiągnięcia w dziedzinie dekoracji wnętrz i efektowną kolorystykę (cała paleta brązów), permanentny brak mydła, wody i ręczników papierowych)

Miejsce II i tytuł Vice Mistera Sracz 2009 – Aeroklub Grudziądzki - proponowana przywieszka na drzwiach (szukasz toalety? - podążaj za muchami) uzasadnienie jury (za proekologiczny charakter toalety i ochronę takich gatunków jak karaluch czy pluskwa oraz stosowanie ekologicznych ręczników tzn, albo machanie rękami aż wyschną, albo wycieranie kończyn o własne spodnie – widzicie jak łatwo chronić Puszczę Amazońską przed wycięciem!)

Miejsce III i tytuł II Vice Mistera Sracz 2009 – Aeroklub Gdański - proponowana przywieszka na drzwiach to (czy ten zapach może kłamać, chyba nie?) uzasadnienie jury (za wybitne doznania organoleptyczne. Kto nie widział i nie poczuł pełną piersią, nie zrozumie co oznacza gdańska gościnność i hasło czym chata bogata)

Nagroda specjalna i wyróżnienie dla Aeroklubu Elbląskiego – tu bez uzasadnienia, bo mnie moi w Elblągu zabiją. Jako anglista proponuję napis na drzwiach, aby piloci się szkolili w języku Szekspira i dostali potem 6 z angielskiego w ULC-u: od strony wejściowej Kał do you do?, a przy wyjściu Thank you very mocz.

Wszystkim zwycięzcom, którzy będą chcieli tanio podnieść jakość wykończenia swoich WC (dla których niestety lepsze jutro było wczoraj), proponuję umieszczenie w ich środku powiązanych tematycznie sloganów (autorstwa też Sztaudyngera) – bo lepiej już nie będzie ale za to śmieszniej. Oto one:

Mędrzec – o tym nie wiedział, że ma na dupie przedział

oraz

Szumi drętwa mowa jak muszla klozetowa

To tyle na dziś


Od śmigła! Pardon: Od sracza!


 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 9