niedziela, 05 października 2008

 

Spotykają się dwie świnie w rzeźni i jedna mówi do drugiej:
- Czy pani tutaj pierwszy raz?
- Nie, k***a – drugi.

Nic tak nie pasuje do męczarni jakie przeżywałem próbując wyruszyć w ostatnią przed końcowym egzaminem wewnętrznym samodzielną trasę jak ten cyniczny skądinąd kawał.

Zwieńczeniem kursu PPL jest kilkugodzinna samodzielna trasa z lądowaniem na 2 obcych lotniskach. Aby wykonać rzeczony lot jeździłem do Elbląga pięciokrotnie i za każdym razem pogoda krzyżowała mi plany. Aż w końcu pewnego niezbyt pięknego dnia okazało się, że aura nie tyle mi sprzyja, co nie przeszkadza w wykonaniu zadania. Ale wróćmy ab ovo.

Ostatnie 1,5 miesiąca to była istna katorga. Pięć kolejnych wycieczek do Elbląga spełzło na niczym. A to stratus wisiał za nisko, a to deszcz, a to front się zbliżał, a to zamglenia. Marzenia o CAVOK-u o tej porze roku w większość dni trzeba odłożyć między bajki, a ja zawsze wyruszałem do Elbląga gdy pogoda była na granicy dopuszczalności do lotu z nadzieją, że kolejna prognoza przyniesie poprawę i wreszcie wsiądę w samolot. Po tym jak nowa prognoza pojawiała się w internecie pakowałem manatki i ruszałem jak niepyszny do Gdyni, gdzie wszyscy pytali jak było? Wtedy, przypominał mi się inny kawał:

Przychodzi Eskimos do baru i mówi:- Kelner, whisky.
- Z lodem?
- Nawet mnie nie wku***aj.

Denerwująca sytuacja trwała ponad miesiąc, więc pewnego dnia musiałem nawet zrobić wznowienie z instruktorem – standardowy godzinny lot, obowiązkowy w przypadku miesięcznego rozbratu z samolotem, aby upewnić się, że nadal pamiętam, że dwa pedały w podłodze to ster kierunku, a nie gaz i hamulec, a czerwona gałka to nie światła awaryjne tylko manetka mieszanki.

I wreszcie wczoraj, gdy już szósty raz podjąłem próbę przybycia do Elbląga mimo nie najlepszej pogody, okazało się, że prognoza pogody z godziny 10 UTC jest na tyle dobra – choć daleka od ideału, a bliska wyznaczonych minimów- że mogę wreszcie polecieć w długo wyczekiwany lot. Gdy Pan Jacenty zakomunikował mi Przemo, Lecisz! poczułem się jak słynny prezenter LOTTO. Wiecie bowiem co myśli Ryszard Rembiszewski gdy siedzi na sedesie? - Komora losowania jest pusta, następuje zwolnienie blokady... Mi też kamień spadł, ale z serca. Pobiegłem do pokoju szefa wyszkolenia i niczym rączy jeleń wyliczyłem kursy, czasy i odległości na trasie. 20 minut później ze zleceniem na lot pod pachą siedziałem w samolocie i dokonywałem czynności przedstartowych. Trasę znałem od ponad miesiąca. Elbląg – Ostróda – Grudziądz (lądowanie) – Brodnica – Toruń (lądowanie) – Tczew – KMI – Elbląg. Ci co mnie w Elblągu znają wieszczyli również możliwą wizytę w Rosji, a Pan Darek, którego w ową podróż onegdaj zabrałem, zażartował pytając czy nie chcę GPS-a. W Elblągu wszyscy mnie lubią, ale nikt nie wierzy w mój talent do latania, stąd zza sterów cessny widziałem jak niektórzy próbują na moim locie zbić fortunę, dokonując szybkich zakładów pieniężnych. Możliwości były rzekomo następujące:

Wróci cały i zdrowy i to jeszcze dzisiaj – 1000:1

Wróci cały i zdrowy, ale pociągiem – 500:1

Wróci – samolot na lawecie, pilot w skrzynce – 10:1

Widzimy go i samolot ostatni raz - 1:1

Widząc, że wiara społeczności aeroklubowej w szczęśliwość mojej misji przypomina wiarę inwestorów w amerykański system finansowy, wraz z przedstartowym check-up'em zwróciłem moje myśli ku niebiosom i poprosiłem o zgodę o kołowanie do pasa jeden zero.

CD nastąpi - jest bowiem środek nocy, a dokładniej:

Pyta cieć ciecia:
- Która godzina?
- Ciecia :)

Wiem, wiem, że się niecierpliwicie co było dalej, ale ja - wasz ulubieniec muszę wam dawkować przyjemności:)

czwartek, 21 sierpnia 2008

 

Zbliża się sesja egzaminacyjna. Student polonistyki ma do przeczytania wielki stos książek przed egzaminem z literatury światowej i zwyczajnie wie, że nie zdąży na czas. Załamany patrzy tępym wzrokiem na opasłe tomy, gdy wtem ktoś puka go w plecy. Obraca się a tam stoi Intuicja, która mówi:

-Cześć jestem Intuicja, pomogę Ci. Czytaj tylko Hemingwaya. Innych autorów odpuść.

-Ekstra - woła uradowany student i rzuca się do lektury powieści Ernesta H. W krótkim czasie jest zaznajomiony z cała twórczością amerykańskiego geniusza samobójcy i zadowolony czeka na egzamin. Nadchodzi dzień próby. Student wstaje rano, myje się i ubiera na siebie białą koszulę i garnitur. Znów Intuicja klepie go w plecy i radzi:

- Załóż niebieską koszulę, egzaminator nie lubi koloru białego.

Student wkłada więc niebieską koszulę. Następnie wiąże krawat.

-Tylko nie krawat, załóż muszkę - krzyczy Intuicja.

Student znowu słucha podpowiedzi i wybiera muchę. Następnie udaje się na uczelnię. Pod salą egzaminacyjną stoi tłumek studentów. Drzwi od sali otwierają się i profesor mówi

-Proszę pierwszego ochotnika.

Nasz student pewny swego chce jako pierwszy wejść na salę, ale Intuicja podpowiada

- Wejdź jako piąty.

Student przepuszcza więc czterech innych śmiałków i rzeczywiście wszyscy oblewają. Uradowany student wchodzi do sali. Podchodzi do stolika, za którym zasiada komisja, a egzaminator każe mu wybrać jeden z 30 zestawów pytań. Student wyciąga rękę po zestaw nr 27, ale intuicja krzyczy mu do ucha:

Nieeee!!! Weź zestaw nr 2 – tam są pytania z Hemingwaya.

Student wybiera kopertę nr 2, otwiera ją i czyta na glos pytanie:

Życie i twórczość Josepha Conrada po czym robi wielkie oczy.

Intuicja klepie studenta w ramię i mówi :

Nie wiem jak ty, ale ja spadam .

Dokładnie to samo powiedziała mi Intuicja podczas drugiego lotu.

Mój drugi samodzielny lot trasowy odbył się po dwugodzinnym odpoczynku. Odpoczywałem ja, a nie samolot, którym to inny uczeń robił zawzięcie kręgi. Lot wydawał się prosty, bo wytyczona trasa z powodu intensywnej aktywności wojska wiodła z Elbląga do ujścia Wisły, potem do nieśmiertelnego VOR KMI, następnie Tolkmicka i z powrotem do Elbląga. Jako, że nawigacja była banalna, bo właściwie wszystkie punkty zwrotne były w zasięgu mojego wzroku i polegała na locie do, od lub wzdłuż linii brzegowej, koncentrowałem się na podziwianiu widoków. A podziwiać było co. Dziki tłum skwierczących na piasku turystów i drugie tyle golasów pluskających się w sinicach przywiódł mi na myśl powiedzenie o błogosławionej ignorancji. W Gdyni w czasie lata turystów poznajemy po tym, że się kąpią. Autochtoni zbyt dobrze wiedzą co naprawdę kryje woda Zatoki Gdańskiej i omijają ją szerokim łukiem. Od razu pomyślałem też o zadowolonych dermatologach, którzy na tzw. dupomoczkach i ich egzemach zarabiają krocie. Otępiałym z gorąca wzrokiem spoglądałem to przez okno, to na przyrządy i właśnie zrobiłem ostatni zwrot nad Tolkmickiem. Rzut oka na Krynicę Morską, ceglany dach zamku we Fromborku i idealnie ustawiłem się na kreskę do EPEL. Wysokościomierz wskazywał równo 1500 stóp, obroty 2300, prędkość IAS 80 knotów, temperatura oleju – i tu mój wzrok musiał przypominać wzrok studenta czytającego pytania o Conradzie. Wskaźnik temperatury oleju prawie dotykał czerwonego pola. Szybko oceniłem sytuację: pode mną las, po prawej woda, a do domu jeszcze 10 minut lotu.

Co w tym momencie podpowiedziała mi moja intuicja pewnie się domyślacie. Skłamałbym, gdybym powiedział, ze zrobiło mi się gorąco, bo to uczucie akurat towarzyszyło mi od startu, nasza poczciwa cessna nie ma bowiem klimatyzacji. Mimo, że nic nie dymiło, a silnik pracował normalnie mnie strach obleciał jak jeszcze nigdy podczas szkolenia. Przyznam, że brak doświadczenia wyszedł od razu, nie wiedziałem czy dodać gazu, czy go ująć, ale ten dylemat rozwiązałem dość szybko. Zdecydowałem się nic nie robić, żeby nie pogarszać sprawy. Kilka minut później stałem pod hangarem i rozmawiałem z instruktorem, który wytłumaczył mi, że w gorące dni olej rzeczywiście może nadmiernie się nagrzewać i wytłumaczył procedury postępowania w takich sytuacjach.

Historia niby banalna, banalną jednak nie jest kiedy siedzicie w środku, a jeden ze wskaźników pokazuje ponadnormatywne odczyty. Mi pokazała jedno, z doświadczeniem w lataniu jest jak z rzeczami, za które nie można zapłacić kartą Mastercard. Jest zwyczajnie bezcenne, a w takich sytuacjach strach ma naprawdę wielkie oczy.

wtorek, 19 sierpnia 2008

Przychodzi 90-letni dziadek do spowiedzi i mówi:

  • Proszę księdza, bardzo zgrzeszyłem używając z kobietami.
  • Dziadku - mówi zdziwiony ksiądz - ale to musiało być bardzo dawno.
  • Tak - odpowiada staruszek - ale ja bardzo lubię o tym opowiadać

Ze mną jest dokładnie tak samo. Ja bardzo lubię opowiadać o swoim lataniu. A ten kawał uwielbiam, bo jak mówi klasyk zahacza o seks i trzyma w napięciu. Zupełnie jak mój pierwszy samodzielny lot trasowy.

Kolejne zadanie w drodze ku licencji PPL składa się z dwóch samodzielnych jednogodzinnych lotów po trasie, podczas których należy wykazać się umiejętnością samodzielnej nawigacji, komunikacji i pilotażu. Niby nic trudnego na tym etapie szkolenia, niemniej przeżycie jest z serii mocnych, bo gdy pilot po raz pierwszy sam wylatuje w trasę i traci z oczu swoje lotnisko jest jak żołnierz, który wyjeżdżając na linię frontu zadaje sobie pytanie Czy ja tu jeszcze wrócę? Tak też pomyślałem patrząc ze wzruszeniem z wysokości 1500 stóp na nie mój rodzinny przecież Elbląg, a właściwie jego południową część, gdzie znajduje się aeroklub. Lot zaczynał się standardowo, ale długo takim nie pozostał, o czym miałem się przekonać w przeciągu minuty.

Trzymając w ręku mapę z dokładnie wyrysowaną trasą i wyliczonymi kursami, z VOR-em ustawionym na częstotliwość Kmiecina i z planem lotu w nakolanniku standardowo pożegnałem się z Elbląg Port i przeszedłem na 127,15 czyli Gdańsk Informację.

  • Gdańsk Informacja SP KBW – zacząłem pełen entuzjazmu.

  • SP KBW Gdańsk Informacja,witam, piąteczka, proszę bardzo – odpowiedział miły Pan po drugiej stronie sitka.

  • Witam serdecznie, SP KBW również piąteczka (potwierdziłem do Gdańska, że słyszalność też idealna), cessna 150 po starcie z Elbląga, lot na trasę do Kmiecina, następnie Tczew, Starogard Gdański, powrót przez KMI, Stegnę i potem prosto do Elbląga, wysokość 1500 stóp, świecę 7000 (taki ładny kolokwializm, żeby powiedzieć, że transponder mam ustawiony na 7000 i udać, że z niejednego lotniczego pieca chleb jadłem :).

Oczywiście nie przyznałem się, że wykonuję lot szkolny, bo nie chciałem żadnej taryfy ulgowej. Ów wybór zemścił się od razu.

  • SP KBW przed Panem pozamykane strefy, intensywnie lata wojsko (tego dnia mój instruktor sam sprawdzał zajętość stref i twierdził, że wszystko jest OK, więc na nieszczęście już nie zaglądałem do AUP) i nie zgadzam się na ten plan lotu. Nie może Pan kontynuować, więc albo Pan wraca do Elbląga, albo jak Pan chce może Pan polecieć idealnie północnym a później zachodnim skrajem Nowego Stawu, przeciąć punkt styku MATZ i TSA a potem po kresce na Tczew, o ile da Pan radę. Musi Pan jednak nawigować bardzo precyzyjnie, żeby nie naruszyć stref ćwiczeń wojska.

Zapachniało mi Hamletem, bo wybór był z gatunku dam radę i będzie OK, albo nie dam rady i zostanę tarczą dla latających nieopodal Migów.

  • Jasne, że dam radę - powiedziałem stanowczo, choć pewności nie miałem ani trochę.

Skupiłem się na nawigacji i z bijącym sercem wypatrywałem Nowego Stawu pomny niedoszłej wizyty w Rosji dzień wcześniej. Gdy moje skupienie sięgało zenitu i gdy szczęśliwie dolatywałem do wskazanej miejscowości kontroler z Gdańsk Informacji zaczął mnie komplementować przez radio.

  • SP KBW Bardzo ładnie sobie Pan radzi – brzmiał pierwszy duser.

  • Jasne – odpowiedziałem udając, że to dla mnie bułka z masłem

Po chwili mój rozmówca znowu się odezwał

  • SP KBW Idealnie przeszedł Pan w nakazanym punkcie, by za chwilę dodać, nie czekając na moją odpowiedź
  • SP KBW świetnie trzyma Pan kurs.

Podejrzliwy nie jestem, ale sytuacja rozwijała się co najmniej dziwnie. Kontroler wywoływał mnie regularnie i nienaturalnie wychwalał mnie w eterze. O ile przy pierwszym komplemencie poczułem się mile podłechtany, a moje ego pilota-ucznia stało się WIELKIM EGO asa przestworzy, o tyle po drugim stwierdziłem, że gość musi się solidnie nudzić i chce sobie pogadać, a ofiarą jego znużenia padłem akurat ja. Gdy kolejne przymilania Pana z Gdańska Informacji przerywały mi nawigację w cokiludziesięciosekundowych odstępach, zacząłem podejrzewać, że gość albo codziennie praktykuje seks przez telefon, mój głos działa na niego niczym widok Whiskasa na wygłodniałego kota i właśnie umilam mu nudny dyżur, albo ze względu na tembr mojego barytonu spróbuje się za chwilę umówić ze mną na randkę. Na takie dictum postanowiłem skrócić cierpienia i nadzieję nieszczęśnika kochającego inaczej.

  • Gdańsk Informacja, ja jestem SP KBW a nie SP GAY

miałem właśnie powiedzieć, ale miłośnik mojego głosu zaczął akurat korespondencję z innym samolotem. Gdy po chwili znowu zaczął mi lukrować chciałem opowiedzieć mu stary kawał, że ja i mój chłopak nie lubimy cieplaków, ale pomyślałem, że w dniu kiedy z przestrzenią powietrzną kruchutko lepiej nie żartować, bo a nóż trafię w sedno i Don Juan z Gdańsk Informacji wyśle mnie do Elbląga przez Zamość. Ze zwykłej życzliwości rozumianej inaczej - ma się rozumieć. Ugryzłem się więc w język i wysłuchałem kolejnej serii komplementów. Gdy doleciałem do Starogardu, dostałem polecenie aby zmienić trasę powrotną. Chyba nakaże mi międzylądowanie w Gdańsku w celu zapoznawczym pomyślałem z rozbawieniem, ale tu pan mnie miło zaskoczył.

  • Proszę wracać tą samą trasą, a od Nowego Stawu, może Pan lecieć do Stegny zgodnie z planem lotu.

Ucieszyłem się, że gdański teletubiś przynajmniej odpuścił próbę randki. Zacząłem się znowu koncentrować na nawigacji i tu nastąpiło niemiłe odkrycie. Musiałem jakoś w głowie obliczyć nowe kursy i poprawki na wiatr, by znowu zmieścić się w punkcie styku dwóch zamkniętych stref i tak prześlizgnąć się do Elbląga. Łatwo nie było, ale jakoś dałem sobie radę i po dwudziestu paru minutach wyleciałem spomiędzy dwóch stref ćwiczeń. Ustawiłem VOR-a na KMI, a potem pięknie śmignąłem do Stegny. Gdy doleciałem do brzegu, zrobiłem sobie ładne kółeczko, żeby nacieszyć się widokiem turystów w Kątach Rybackich pławiących się w wodzie pełnej sinic. Następnie skierowałem się do Elbląga. Zgodnie z obietnicą poinformowałem mego miłośnika z Gdańsk Informacji:

  • SP KBW obecnie z widocznością Elbląga, przechodzę na środki własne.

  • SP KBW proszę ustawić Elbląg 122,30, dziękuję za miłą współpracę. Świetnie trzymał pan kursy. Do miłego usłyszenia.

Podziękowałem również, a 3 minuty później stałem przed aeroklubowym hangarem. Gdy wysiadłem z samolotu poszedłem zameldować instruktorowi szczęśliwy powrót i opisać przebieg lotu, zmianę kursów i wytłumaczyć związane z nią kilkuminutowe opóźnienie. Instruktor pogratulował mi trudnej nawigacji powrotnej, przeliczania kursów w locie i nakazał analizę nowej trasy, na którą miałem wylecieć godzinę później. Na koniec nie omieszkałem opowiedzieć jak podrywał mnie ciepły Bolo z Gdańsk Informacji.

  • Żaden ciepły Bolo – usłyszałem. Po prostu zadzwoniłem do nich jak wystartowałeś, żeby Cię przypilnowali na trasie. A o tych zamkniętych strefach oczywiście wiedziałem, ale chciałem się przekonać jak sobie poradzisz.

I tu kochani - jako anglista - nauczę was ładnego idiomu. Never jump to conclusions – nigdy nie wyciągajcie pochopnych wniosków. Z uprzejmego kontrolera zrobiłem teletubisia Tinky Winky, o moim instruktorze pomyślałem, że zapomniał przeczytać AUP, a tu proszę, wszystko dla ucznia i jego dobra, zgodnie z zasadą klient nasz Pan. Miało być miło, sucho i bezpiecznie. AE RULEZ.

Godzinę później szybowałem po nowej trasie wykonując swój drugi lot bez międzylądowania. Ale o tym wkrótce.

PS

  1. tekst dedykuję miłemu kontrolerowi z Gdańska, jeśli kiedykolwiek trafi na tą stronę.

  2. w tekście pada słowo „cokilkudziesięciosekundowych”. Jak bym pisał słownik Worda podkreśla, że jest źle, chyba, że napiszę „co kilku dziesięcio sekundowych”, co wydaje mi się oczywistym błędem. Niniejszym ogłaszam publiczne zapytanie do ekspertów o poprawną pisownię tego wyrażenia wraz z wytłumaczeniem. Zwycięzca może postawić mi lampkę czerwonego wytrawnego wina z nowego świata.

 

czwartek, 14 sierpnia 2008

Najsmutniejszy widok świata - genitalia jubilata. Tak mówi klasyk. Pewnie zastanawiacie się co ten aforyzm ma do latania i zdobycia licencji PPL. Dobre pytanie.

Zdanie nadejszła wiekopomna chwila – innego klasyka nawiasem mówiąc - jest mantrą, którą adepci lotnictwa w drodze ku upragnionym licencjom mogą powtarzać wiele razy: pierwszy lot samolotem podczas szkolenia z instruktorem, pierwszy krąg, pierwsze solo, pierwsza strefa - to wszystko są kroki milowe i wiekopomne chwile dla uczniów pilotów. Dla mnie kolejnym takim momentem, był egzaminacyjny lot na obce lotniska z instruktorem, mający pokazać czy będę mógł sam wylecieć na trasę. W takich przypadkach program szkolenia przewiduje, że egzaminującym jest inny instruktor, niż ten, z którym latamy na co dzień. W moim przypadku był nim Pan Darek, posiadający w Elblągu ksywę „Mr Max” - bo zwyczajnie jest omnibusem, lotniczą alfą i omegą, do którego biegają wszyscy, gdy czegoś nie wiedzą. Słynie również z lakonicznych stwierdzeń podczas lotów. Gdy uczeń zmaga się z bocznym wiatrem przy lądowaniu pan Darek spokojnie siedząc w prawym fotelu kwituje wysiłki pilota-adepta krótkim „oj zaraz spadniemy”, „chyba nie dolecimy do lotniska”, „będzie piękna katastrofa”, po czym w kabinie zapada cisza, a uczeń z ciśnieniem tętniczym 220 dalej walczy o życie. Pan Darek dotyka wolanta tylko wtedy, kiedy samolot rzeczywiście spada. Ma po prostu nerwy ze stali.

W dniu egzaminu z samego rana pojawiłem się w Elblągu, gdzie pan Darek kazał mi sprawdzić prognozę pogody i zajętość stref. Okazało się, że pogoda jest jak przysłowiowy drut, a strefy w promieniu 200 km od Elbląga wolne i możemy spokojnie odbyć egzamin. Na początek dostałem informację o trasie: najpierw po prostej do Grudziądza, tam krąg i lądowanie w Lisich Kątach, potem start i lot do Olsztyna (Boże miej nas w opiece pomyślałem) i na koniec powrót do Elbląga. Niby nic, ot zwyczajny dwugodzinny trójkąt po trasie. Starannie wyliczyłem kursy, uwzględniając deklinację i poprawki na wiatr, wyrysowałem trasę na mapie, zaznaczyłem charakterystyczne punkty nawigacyjne i mogliśmy zaczynać egzamin.

Pierwszym etapem egzaminu były oczywiście naziemne procedury przedstartowe – sprawdzenie poziomu oleju, spuszczenie tzw. odstoju paliwa w celu sprawdzenia jego czystości, check-lista przed uruchomieniem silnika i kołowanie do progu pasa. Po drodze komunikacja z Elbląg Port i wszystkie czynności przed startem: sprawdzenie iskrowników, podgrzewu, maksymalnych obrotów, włączenie transpondera, ustawienie żyrobusoli, itd. Wszystko poszło gładko. Samolot był sprawny, procedury wykonane na piąteczkę – mogliśmy startować, co z najwyższą przyjemnością uczyniłem.

Wkrótce po starcie zameldowałem do Elbląga swoje zamiary i przeszedłem na łączność z Gdańsk Informacją. Lot do Grudziądza okazał się banalny – nad Lisimi zrobiłem krąg i zwyczajowo wylądowałem z lekkim trawersem, który powoli staje się moim znakiem firmowym. Jako, że nie było sensu zwiedzać okolicznych łąk, od razu wystartowaliśmy do Olsztyna. Gdy minęliśmy Ostródę, dowiedziałem się o nowym scenariuszu. Mamy lecieć do Gryźlin i tam lądować, gdyż lotnisko w Olsztynie jest niezdatne do lądowania. Tu Pan Darek postawił kropkę na mojej mapie mówiąc, że to jest właśnie lotnisko w Gryźlinach i mam je jakoś odnaleźć. Tego dnia moc była ze mną. Gryźliny, choć tak małe, że niezaznaczone na lotniczej mapie Jeppessena odnalazłem bez problemu i po zrobieniu ładnego kręgu bezproblemowo wylądowałem na pasie 30. Uff pomyślałem, czy raczej zajęczałem szczęśliwy, że podstępny scenariusz Pana Darka nie wywiódł mnie w maliny powodując zgubienie na trasie. I znowu po standardowo krótkim odpoczynku wyruszyliśmy w drogę do Elbląga, ostatni etap podróży.

Tu już wyraźnie rozluźniony i opromieniony swoim dotychczasowym lotem wdałem się z Panem Darkiem w dyskusję o wszystkim i niczym, żeby uprzyjemnić lot do Elbląga. Wesoła atmosfera w kabinie spowodowała, że nie zauważyłem Pasłęka, gdzie miałem przejść z Olsztyn na Gdańsk Informację. Przerwałem rozmowę i zacząłem rozglądać się po okolicy, a tam jak na złość lasy i łąki, lasy i łąki. Dodatkowo lecieliśmy pod słońce, co również ograniczało dość mocno widoczność. Wreszcie ku swojej wielkiej uldze zobaczyłem na horyzoncie Elbląg – szczęśliwy pokazałem go palcem instruktorowi, żeby wiedział, że uczeń się odnalazł po chwilowej dezorientacji i skierowałem samolot na kurs wprost do miasta. Po chwili w kabinie znów zagościła dyskusja, tym razem zamiast o d...e Maryni zaczęliśmy, a właściwie Pan Darek, tematy bardziej poważne – dyskusja zeszła na Rosję.

  • Byłeś kiedyś w Rosji? – zapytał Pan Darek

  • Nie – odpowiedziałem – ale zwiedziłem za to ponad 50 innych krajów.

  • Do Rosji potrzebny jest paszport i wiza – kontynuował temat Pan Darek

  • Aha – pokiwałem głową – podobno trudno ją dostać - dodałem

  • A masz rodzinę w Rosji? Brzmiało następne pytanie

  • Nie, rodzina z pochodzi z centralnej Polski- odparłem nie bez zdziwienia, że mój egzaminator okazuje się być rusofilem.

  • A chciałbyś być strącony przez Su albo Miga?

..... I wtedy właśnie zrozumiałem, to co próbował mi przekazać Pan Darek, a to co inteligentny czytelnik już pewnie zauważył. Mój Elbląg był Kaliningradem a my zbliżaliśmy się do ruskiej granicy. Wtedy od razu przypomniał mi się wierszyk, który cytowałem na początku. Należało go tylko dopasować do sytuacji i brzmiałby wtedy następująco: Najsmutniejszy widok świata, jak uczeń dupa na egzaminie do Kaliningradu zamiast Elbląga lata.

Cóż było robić. Zrobiłem zwrot o 360' żeby ustalić gdzie NAPRAWDĘ leży Elbląg. Po chwili wiedziałem, że odpowiedź brzmi tam gdzie 3 godziny wcześniej. Obrałem odpowiedni kurs i wylądowałem na naszej aeroklubowej trawie. Jak widać mimo wejścia do strefy Schengen gdy wsiadamy do samolotu warto mieć w kieszeni paszport i kilka rubli. Tak na wsjakij słuczaj.

środa, 13 sierpnia 2008
 

Po instruktorskich lotach na inne lotniska, w tym kontrolowane, nadchodzi czas na niski przelot trasowy. Zadanie, które teoretycznie wydaje się banalne, banalnym jednak nie jest. Niski przelot to szybowanie na wysokości 500 zamiast zwyczajowych 1500 lub 2000 stóp nad terenem, czyli wysokości, na których lataliśmy dotychczas po wszystkich trasach. Wielkie nieba, można by pomyśleć i dodatkowo błędnie dedukować, że skoro niżej to nawet lepiej, bo dokładniej wszystko widać. Jest natomiast zupełnie odwrotnie. Gdy lecimy na trasę, a instruktor zada wam lot po łąkach, gdzie punktów orientacyjnych próżno szukać, a waszym jedynym przyjacielem jest żyrobusola, to co może wtedy pomóc w nawigacji to kształty obiektów – połaci lasów czy jezior. I tu leży pies pogrzebany. Z wysokości 2000 stóp jezioro ma ładny okrągły kształt, z perspektywy 1500 stóp to samo jezioro staje się owalem, a 1000 stóp niżej to już tylko kreska, której nijak nie można dopasować do mapy a czasami trudno nawet zidentyfikować jako jezioro. Niby to samo tylko zupełnie inaczej, jak w starym oklepanym kawale: Do sierżanta przychodzi szeregowiec i mówi, że nie może dziś pełnić warty, bo ma migrenę. Na to sierżant: Migrenę to ma generał, mnie boli głowa, a ciebie Kowalski to łeb napie..ala. Taka jest właśnie różnica między lataniem na 500 i 2000 stóp.

Zła nawigacja w niskim przelocie nie wybacza tak łatwo, bo błąd jest ciężej skorygować. Zwyczajnie mniej widać i odnajdywanie się po utracie orientacji jest o wiele cięższe niż na większym pułapie. Można by pomyśleć, że ćwiczenie to jest niepotrzebnym wymysłem instruktora, który chce wam pokazać, że i tak nie umiecie nawigować, no bo przecież kto i po co będzie się później męczył na 500 stopach jak można spokojnie płynąć 1500 stóp wyżej. Jednak rutyna ta ma nauczyć nas jak przetrwać i się nie rozbić gdy nagle obniży się podstawa chmur, a lot VFR, żeby nim być musi przecież dać nam szansę spostrzeżenia czegokolwiek na Ziemi. Wtedy właśnie umiejętność nawigacji niziutko nad powierzchnią naszej kulki matki może być nieocenioną pomocą.

Piją dwa lumpy alkohol metylowy. Jeden mówi do drugiego: Pij szybciej, bo się ściemnia. Takie właśnie mam skojarzenie z moim lotem na 500 stopach. Odbyłem go na trasie Elbląg – Lisie Kąty i nie obfitował on w żadne przygody, no może poza faktem, że powróciliśmy sporo po zachodzie słońca i było dość ciemno. Kto zna lotnisko w Elblągu wie, że świateł tam szukać próżno i powoli się zastanawiałem jak wylądujemy w ciemnościach. Instruktor mnie poganiał, żebym szybciej leciał, bo widoczność spadała makabrycznie. Wtedy to przekonałem się co konstruktorzy cesny podświetlili w kabinie. Ku mojemu zdumieniu jasno świeciła busolka, szczelina od wskaźnika wysunięcia klap i parę innych przyrządów. Owe iluminacje bardzo się przydały, bowiem zdążyliśmy na styk przed egipskimi ciemnościami i byliśmy ostatnią załogą VFR tego dnia komunikującą się z Gdańsk Informacją :) Po nas latały już tylko nietoperze.

Wysiadłem z samolotu z wypiekami na twarzy, bo nazajutrz czekał mnie egzamin z lotu po trasie. Ale o tym wkrótce.