czwartek, 11 czerwca 2009

W moim laptopie już siedzą i czekają na publikację następujące artykuły :)

  1. Jak teoretycznego ATPL-a robiłem cz.1,

  2. Jak teoretycznego ATPL-a robiłem cz.2,

  3. Jak teoretycznego ATPL-a robiłem cz.3

  4. Łubu dubu, łubu dubu niech nam żyje ..............

  5. Du ju spik inglisz -

  6. Ja ULC 4:1

czemu siedzą i czekają? bo przyjemności trzeba dawkować!

dla was zagadka o czym będą artykuły 4, 5 i 6. Tym razem do wygrania LUTOWNICA!

Przypominam, że poprzedni konkurs wygrał FLYER za co otrzymał nagrodę główną - KALORYFER! 

W życiu można robić bardzo dziwne rzeczy. Można na przykład być pianistą bez palca. Oczywiście o ile jest to palec u nogi. Można palić i się nie zaciągać, a cygara używać do rzeczy, o których nie śniło się filozofom - tak jak to robił Bill Clinton. Można kończyć zanim się zaczęło. Tu na myśl przychodzi „Endrju” 15 sekund Golota. Można o zgrozo laszować się na cessnę 152 mając wylatane 60 godzin na cessnie 150. Tu z kolei na myśl przychodzą różne niecenzuralne słowa pod adresem działu szkolenia Aeroklubu Polskiego. Można w końcu latać na kacu nie łamiąc prawa lotniczego, o czym uprzejmie informuję ULC oraz Prokuraturę Krajową. Jak to możliwe? Proszę bardzo:

-Na czym dziś latasz?

-Na KaCU.

Ten dialog, który można usłyszeć praktycznie codziennie w Aeroklubie Gdańskim, nie wskazuje bynajmniej ani na niskie morale ekipy z Pruszcza, ani nie opisuje stanu psychosomatycznego pilota wymawiającego te słowa. Kac w Pruszczu to po prostu poczciwa i mocno pogięta po jakimś wypadku cessna 152 SP KCU. Kobiety podobno dzielą się na piękne i szlachetne. Nie wiem jak dzielą się samoloty, ale gdyby SP KCU była kobietą nie zaliczałaby się do żadnej z tych kategorii. Mój kolega używa do jej opisania słowa chlewnia i coś w tym świńskim porównaniu jest, bo samolot jest zapuszczony jak bezdomny z dworca Warszawa Centralna. Aby móc doznać wątpliwej przyjemności poruszania się tym nota bene krzywo latającym samolotem (z łac. curvissimus – a nie mówiłem, że nie jest szlachetna?), trzeba według przepisów Aeroklubu Polskiego przejść dodatkowe szkolenie, nawet jeśli ktoś robił licencję PPL na C150. Na pierwszy rzut oka wymóg dość idiotyczny, bo C152 od 150 można zwyczajnie nie odróżnić.

Skoro mus to mus, cóż było robić. Chcąc spróbować czegoś "nowego" ochoczo zgłosiłem się do instruktora i zaczęliśmy laszowanie. Polega ono na wykonaniu strefy, następnie kilku wspólnych kręgów oraz kilku kręgów solo. Much ado about nothing - wiele hałasu o nic jak to przekładają na polską mowę tytuł komedii Szekspira dzielni tłumacze, albo zawracanie dupy jak to tłumaczą z kolei pijani studenci anglistyki. Bliżej mi do tych drugich.

Nie powiem abym był wielce zszokowany programem szkolenia. Raczej na myśl przyszło mi, że ktoś w Aeroklubie Polskim dostrzegł może różnice, których mi nie było dane zauważyć? Nie twierdzę, że samoloty są identyczne, ale jest to trochę tak jakby ktoś twierdził, że fakt, iż potrafisz zawiązać sznurówki w adidasach nie oznacza, że poradzisz sobie ze sznurowaniem trampka. Według mnie 30 minut czytania instrukcji byłoby zupełnie wystarczające. Inna sprawa, że na moim etapie lotniczej przygody każda dodatkowa godzina z instruktorem jest cenna, bo człowiek ma się zwyczajnie od kogo uczyć, a jako że szkolił mnie fajny instruktor, ani czasu, ani pieniędzy na pewno nie straciłem. Nie zmienia to faktu, że prywatne ośrodki, w których nie ma wymogu przeszkalania z C150 na C152 są moim zadaniem o wiele sensowniejsze niż AP w tym akurat względzie.

Na koniec zagadka. Czy wróbelek siedzi czy stoi na gałązce? Oczywiście, że stoi, bo jakby siedział, to by mu nóżki zwisały. Pewnie zapytacie jaki ten kawał ma sens? Już odpowiadam – dokładnie taki sam jak laszownie C152 z licencją zrobioną na C150.

piątek, 22 maja 2009

Czy można latać na kacu nie łamiąc prawa lotniczego? Ja tak robię, o czym uprzejmie informuję ULC oraz Prokuraturę Krajową ...

[ CD nastąpi ...a ty możesz pospekulować w komentarzach o czym będzie ten artykuł]

czwartek, 21 maja 2009

 

On był stały tylko one się zmieniały. Tak pisał mistrz Sztaudynger i miał rację. To powiedzenie pasuje jak ulał również do mnie i moich podbojów. Nie, żebym się chwalił, ze swoich osiągnięć, o co to to nie. Ja po prostu nie lubię monotonii i dlatego zmieniam jak rękawiczki ... swoje trasy przelotów cross-country. Zaliczam też dużą ilość ... lotnisk. Oto krótka relacja z moich niedawnych wypadów.

Wkrótce po rozpoczęciu sezonu postanowiłem ruszyć i oblecieć najciekawsze tereny oraz wylądować tam gdzie się da. Nie chciałem wygniatać kołami trawy tylko w Elblągu i Pruszczu Gdańskim, bo jak mawia Rod Machado nie ma nic bardziej żałosnego niż pilot, który umie lądować tylko na swoim lotnisku. Jako, że ostatnio z różnych względów latam często z Pruszcza Gdańskiego, pierwszą trasą jaką wykonałem było okrążenie CTR-u Rębiechowa z malowniczym odcinkiem wzdłuż linii brzegowej Trójmiasta. Lot przeuroczy, a trasa ze startem i lądowaniem w Pruszczu Gdańskim trwa równo godzinkę. Walory widokowe są niezapomniane, zresztą co będę pisał - niech zdjęcia pokażą jakim cudownym miejscem do mieszkania jest Trójmiasto.

Moja ulica, moja dzielnica, moja Gdynia - Gdynia my love

Gdynia Orłowo - i na co nam Lazurowe Wybrzeże? U nas i lepiej i taniej :)

A ten krokodyl z oczami to sopockie molo, jakby kto pytał

Lot odbył się bez przygód i już następnego dnia, idąc za ciosem udałem się w „nowe” miejsce – poleciałem w odwiedziny do Elbląga. Mała herbatka z przyjaciółmi z AE i lot powrotny do Pruszcza. Po wizycie w Elblągu przyszedł czas na Lisie Kąty. W Grudziądzu nihil novi. Dotychczas na 10 lotów na to lotnisko Kwadrat wywoływany przeze mnie, przez radio odezwał się tylko raz i dodatkowo ustawił mnie do lądowania z wiatrem. Mała rzecz a cieszy. Tym razem nie było inaczej. Wołałem chłopaków chyba 5 razy, ale nie odpowiadali, choć ruch w powietrzu nad lotniskiem był duży. Widocznie przy barze panował jeszcze większy. A propos baru tam też nic nowego: cud gospodarczy trwa: za 5 złociszy pizza, herbata ... i spora reszta. Ewentualnie spora sraczka, ale już bez dopłaty. A serio mówiąc w Lisich bardziej od braku kierownika lotów o zawał serca przyprawia toaleta, tzn pardon SRACZ. Słowo toaleta niezbyt pasuje do tego, co kryje się za drzwiami z trójkącikiem. Gorzej jest tylko w Toruniu - jeśli w mega sraczu w mieście z piernika dostaniesz przeczyszczenia, od razu popełnij harakiri. Do tematu wrócę jeszcze na koniec artykułu w mini konkursie.

Po wizycie w Lisich udałem się do Watorowa. No proszę jaka zmiana: ładna sekretarka, czysta toaleta, w kwaterze dowodzenia Jerzy K. zwany popularnie o. dyrektorem, serwują darmową kawkę – kultura panie, kultura. I pomyśleć, że Watorowo i Lisie dzieli jakieś 15 minut lotu, no i przepaść cywilizacyjna. Polska A Polsce B każe się całować w D, że dalej pojadę Sztaudyngerem.

Kolejne wyzwanie, które sobie postawiłem dla urozmaicenia przelotów to wypad do Słupska Krępy. Potwierdzam, że tak jak w kawale w Słupsku są domki. I ładne lotnisko. I pięknie przystrzyżona trawa. I paranoja w skrótach ICAO. Normalnie lotniska są znakowane wg prostego klucza np: EPPR (Europe Poland a potem nazwa miasta, tutaj: Pruszcz), stąd wiadomo, że EPEL to Elbląg, EPGD Gdańsk, EPWA Warszawa, EPPO Poznań itd. W Słupsku są dwa lotniska: Redzikowo i Krępa. I 2 oznaczenia: EPSK i EPSR- jakby ktoś miał zgadywać pomyślałby, że EPSK = (Europe Poland Słupsk Krępa) a EPSR = (Europe Poland Słupsk Redzikowo). I fajnie by pomyślał, z tym, że jest akurat na odwrót :)

Na koniec obiecany konkurs na Aeroklubowego Mistera Sracza Polski Północnej pt:

Znasz li ten sracz czyli Aeroklubowy Klop 2009

Oto lista laureatów:

Miejsce I i tytuł Mister Mega Sracz 2009 – Aeroklub Toruński - proponowana przywieszka na drzwiach WC to cytat z piosenki Perfectu (i żywy stąd nie wyjdzie nikt), a uzasadnienie jury (za wybitne osiągnięcia w dziedzinie dekoracji wnętrz i efektowną kolorystykę (cała paleta brązów), permanentny brak mydła, wody i ręczników papierowych)

Miejsce II i tytuł Vice Mistera Sracz 2009 – Aeroklub Grudziądzki - proponowana przywieszka na drzwiach (szukasz toalety? - podążaj za muchami) uzasadnienie jury (za proekologiczny charakter toalety i ochronę takich gatunków jak karaluch czy pluskwa oraz stosowanie ekologicznych ręczników tzn, albo machanie rękami aż wyschną, albo wycieranie kończyn o własne spodnie – widzicie jak łatwo chronić Puszczę Amazońską przed wycięciem!)

Miejsce III i tytuł II Vice Mistera Sracz 2009 – Aeroklub Gdański - proponowana przywieszka na drzwiach to (czy ten zapach może kłamać, chyba nie?) uzasadnienie jury (za wybitne doznania organoleptyczne. Kto nie widział i nie poczuł pełną piersią, nie zrozumie co oznacza gdańska gościnność i hasło czym chata bogata)

Nagroda specjalna i wyróżnienie dla Aeroklubu Elbląskiego – tu bez uzasadnienia, bo mnie moi w Elblągu zabiją. Jako anglista proponuję napis na drzwiach, aby piloci się szkolili w języku Szekspira i dostali potem 6 z angielskiego w ULC-u: od strony wejściowej Kał do you do?, a przy wyjściu Thank you very mocz.

Wszystkim zwycięzcom, którzy będą chcieli tanio podnieść jakość wykończenia swoich WC (dla których niestety lepsze jutro było wczoraj), proponuję umieszczenie w ich środku powiązanych tematycznie sloganów (autorstwa też Sztaudyngera) – bo lepiej już nie będzie ale za to śmieszniej. Oto one:

Mędrzec – o tym nie wiedział, że ma na dupie przedział

oraz

Szumi drętwa mowa jak muszla klozetowa

To tyle na dziś


Od śmigła! Pardon: Od sracza!


poniedziałek, 18 maja 2009
 

Et voila! Zacząłem sezon lotniczy 2009! I to podwójnym akordem. Poprzedni rok zakończyłem w sumie z nalotem bliskim 53 godzin, więc czas najwyższy zacząć budować swoja lotniczą chwałę. Oczywiście sezon w Elblągu rozpoczął się, jak to bywa w aeroklubach, od konferencji na temat bezpieczeństwa. Postraszono nas wypadkami z lat ubiegłych, pokazano kilka zdjęć (jak to poniżej), uświadamiających nas po raz kolejny, że latanie jest fajne, ale bezpieczeństweo uber alles. Następnie zdałem KWT (kontrola wiadomości teoretycznych), a potem ... potem rozpoczęło się prawdziwe latanie.

 

Niezapinanie pasów grozi zabrudzeniem kokpitu

                                      Niezapinanie pasów grozi zabrudzeniem kokpitu

Jako, że za wolant ostatni raz trzymałem blisko 5 miesięcy temu postanowiłem zacząć sezon lotem z instruktorem dla przypomnienia nawyków. Kilka kręgów (oj chyba nigdy nie będę zadowolony ze swoich lądowań), kilka przeciągnięć (litości!), kilka korkociągów (Kuśnierewicz cierpi na chorobę morską to i mnie się może chcieć womitować przy lataniu), touch and go (would you go to bed with me?), lądowanie z symulacją awarii silnika (oby nigdy w realu) i po jednej godzinie wyszedłem zadowolony z samolotu. Długi rozbrat z lataniem nie odbił się jakoś tragicznie na moich umiejętnościach i Pan Darek na pytanie jak mi poszło odpowiedział „Nie zabiłbyś się”. Skoro tak, to intensywnie zaczynam latać i robić nalot cross-country do CPL-a.

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 17