wtorek, 04 sierpnia 2009

Po dzisiejszym dniu powinienem zaprzestać działalności notam.pl kończąc blog wpisem, że jak chcesz zostać pilotem liniowym to wal z łapówą do ULC-u, bo to jest najprostsza droga do lotniczej chwały. Jeśli doniesienia, które serwują nam stacje telewizyjne potwierdzą się i wyjdzie na to, że LKE to banda łapowników, będzie można zwyczajnie załamać ręce. Widok urzędasów z LKE wyprowadzanych w kajdankach przez CBA  jest jednym z tych, za które nie zapłaci się kartą Mastercard. Dla mnie widok o tyle szokujący, że mimo rozmytych w TV twarzy rozpoznałem 3 osoby, które jeszcze w lipcu widziałem w ULC-u podczas swoich egzaminów ATPL. Ba z panią, która od dzisiaj zamiast nazwiska będzie używać literki z kropką uciąłem nawet pogawędkę! Trzymam kciuki za CBA, prokuraturę i policję dołączając gorące życzenia wyrwania wszystkich chwastów z ulicy Flisa 2.

wtorek, 28 lipca 2009

Ślepy bierze tarkę, jeździ po niej palcami i mówi: nigdy takich głupot nie czytałem.

Żaden znany mi dowcip lepiej nie opisuje mojego stosunku do sposobu wykładania przedmiotu budowa samolotu (airframes and systems) na kursie ATPL. Kumpel opowiadał mi kiedyś kawał o budowie dzidy bojowej. Otóż składa się ona z przeddzidzia, śróddzidzia i zadzidzia. Słyszałem również, że w wojsku łyżka składa się z drążka prowadzącego i komory zupnej, widelec z rękojeści, zębów i przestrzeni międzyzębowych, a kałuża jest małym zbiornikiem wodnym o nikłym znaczeniu strategicznym. Myślałem, że tych definicji nie da się przebić. A jednak! Errare humanum est! Prowadzący starał się jak potrafił, a że nie potrafił wychodziły z tego różne hocki-klocki. Czy wiecie, że „rurka składa się z otworu wlotowego i wylotowego”? Bo ja już tak. A „włącznik w samolocie wygląda jak zwykły włącznik, ale to nie jest zwykły włącznik, bo to jest włącznik samolotowy”! No i że mechanicy lubią instalacje odlodzeniową na skrzydłach, bo tam jest czysty spirytus i da się go pić! Wiedza praktyczna, samo życie, a jak się przyda na egzaminie w ULC-u!

Do śmiechu nie było za to ani na nawigacji, ani radionawigacji. O ile pierwszy przedmiot był rozszerzeniem wiedzy z zakresu PPL-ki o kilka sztuczek i nauką obliczeń na kółku (kalkulatorze) takich wielkości jak: TASu, CASu, poprawki na wiatr, kątów znoszenia, zużycia paliwa, itd, o tyle radionawigacja to zupełnie nowy i przy okazji bardzo trudny do przyswojenia materiał. Wykład momentami przypominał tureckie kazanie, i bynajmniej nie dlatego, że prowadzący był kaznodzieją lub znawcą języków orientu. Patrzyliśmy na niego jak stado blondynek kiedy kazał nam kręcić holding nad jakimś fixem,obliczać inbound, outbound, gate czy abeam, przechwytywać radial na 3 różne sposoby oraz wykonywać różne inne skomplikowane manewry, co wierzcie mi, na tym etapie stanowi prawdziwe wyzwanie. Kręciliśmy łuk w oparciu o VORDME, robiliśmy podejścia z racetrackiem, zakrętem proceduralnym, kręciliśmy „cyrkle” (circle to land), ogólnie program zawiera dużo elementów IFR-a a radionawigacja jest chyba najtrudniejszym przedmiotem na kursie. Jeśli spytacie ile prawidłowych wejść w holding (offset, direct, parallel) udało nam się wyliczyć w głowie mając tylko fix i inbound a nadlatując z różnych kierunków odpowiem, że było jak w ruskiej ruletce albo tym kawale:

Wyniki strzeleckie w rosyjskiej jednostce wojskowej:
Iwanow - Pudło
Pietrow - Pudło
Sidrow - Pietrow

CDN

20:35, e-notam
Link Komentarze (4) »
poniedziałek, 27 lipca 2009

Przychodzi facet do lekarza i mówi:
- Ugryzły mnie dwa psy.
- A szczepione były?
- Tak, dupami.
  

Bingo, zgadliście. Kolejnym przedmiotem na kursie ATPL była łączność.

Mao Tse Tung dał narodowi chińskiemu czerwoną książeczkę, nasz wykładowca swoją niebieską uszczęśliwia od kilku lat adeptów latania w Polsce. Zajęcia z łączności z naszym polskim guru składały się głównie z ćwiczenia frazeologii w języku angielskim i miały wymiar czysto praktyczny. W ich trakcie odbywaliśmy wirtualne loty na wybranych przez wykładowcę trasach. Najpierw na ścianie pojawiała się karta lotniska (np. Düsseldorf) i po kolei ćwiczyliśmy co i w jakiej kolejności pilot powinien powiedzieć (np. Düsseldorf Tower SP ABC ready to copy clearance, request start-up, request pushback, request taxi, holding short runway 21, ready for departure, taking off, airborne runway heading, itd). Potem pojawiał się SID i kontynuowaliśmy wycieczkę, następnie mapa trasowa, STAR,karta lotniska, a my cały czas wesoło gawędziliśmy w języku przypominającym angielski. Na koniec byliśmy tak wprawni, że poziom naszej maestrii w komunikacji lotniczej może oddać tylko ten dowcip:

W pociągu, w jednym przedziale jadą Indianin i kowboj.

Kowboj pali fajkę i puszcza kółka z dymu. Nagle odzywa się Indianin:
- Jeszcze jedno słowo a dostaniesz w pysk!!!

Można by pomyśleć, że jako anglista setnie nudziłem się na tych zajęciach, a było wręcz przeciwnie. Pokazały one przede wszystkim jak często i dużo musi się pilot „nagadać” podczas niewinnie wyglądającego 1,5 godzinnego lotu. Na trasie z Düsseldorfu do Berlina należało się odezwać grubo ponad 50 razy. Sic!

Procedury (operational procedures) na papierze wydawały się nieciekawym przedmiotem opartym na JARach OPSach, a w rzeczywistości okazały się prawdziwym przebojem kursu, głównie ze względu na wykładowcę - cpt. Ireneusza Puchałę. Przedmiot na pierwszy rzut oka niepozorny, okazał się być prawdziwą kobyłą. Cóż w lotnictwie nie jest proceduralne? Proceduralna jest i ilość i rodzaj gaśnic, łomów, siekier, megafonów, kamizelek, tratw ratunkowych oraz masek tlenowych na pokładzie samolotu. Procedura opisuje rodzaje i kolor płynów odladzających, hydraulicznych, do spryskiwaczy, do WC, itd. Nie omija architektury lotniskowej, kolorów i rodzaju oświetlenia pasów i samolotu, dyktuje minima podejścia, prędkości, separacje, mówi nawet o tym jak proceduralnie zrobić ... hm ... siusiu podczas lotu w załodze wieloosobowej. Dzięki procedurom dowiadujemy się również jaka jest przepisowa wysokość liter na ogonie, a jaka na burcie samolotu, jak w razie nagłej potrzeby samolot rozcinać i jak takie miejsca zaznaczyć. Wiemy jak tankować samolot, jak musi być skonstruowany zamek do drzwi cockpitu, jak zrzucać paliwo, jak wodować, jak odzywać się do pasażerów, co im mówić i w jakiej kolejności, jaki jest niezbędny zapas bezpieczników na pokładzie samolotu, itd, itp. Przedmiot jest tak olbrzymi, a przepisy tak rozbudowane, że jak mawiali Amerykanie bez pół litra nie razbierjosz. Jak ktoś dobrze nie wykuje setek przepisów, wyjątków i liczb, to na egzaminie w ULCu będzie jak wykładowca z poniższego kawału:

Na zajęciach z balistyki major oblicza wartość sinusa kąta nachylenia działa, otrzymując wynik 2.5.

Zaintrygowany szeregowy, wiedząc, że wartość sinusa waha się w przedziale od + do - 1 protestuje. Major po krótkim namyśle odpowiada:

-Sinus kąta w warunkach bojowych osiąga wyższe wartości.

CDN

środa, 22 lipca 2009

Po wiedzę z zakresu ATPL udałem się do najbliżej położonego od Trójmiasta ośrodka lotniczego XXX (nazwy nie podaję, bo za reklamę trzeba płacić :) a w razie krytyki nikt się nie obrazi) i swojego wyboru nie żałuję. Infrastruktura bardzo przyzwoita, fajny hotel na terenie ośrodka, w pobliskim miasteczku sympatyczne knajpki, tanie wino, ogólnie atmosfera i do nauki i do imprezowania idealna. Ale zanim przejdę do sedna opowiem na rozgrzewkę stary góralski kawał, który znakomicie pasuje do dzisiejszego artykułu.

Rozmawia baca z bacą:

-Słysałem panocku, ze wy mądre jesteście. Powiedźcie ino co było pierwse: jajo cy kura?

Na to drugi baca, zamyśla się na dłuższą chwilę, drapie się po głowie i mówi:

-Oj widzę baco, że wyście tu po wpierdol a nie naukę przyszli.

Początek kursu ATPL, w którym miałem przyjemność uczestniczyć od razu przywiódł mi na myśl ten właśnie dowcip. Szef ośrodka, zwany tudzież ojcem dyrektorem, na powitanie postraszył nas, że i chodzić na wykłady będzie trzeba, i uczyć się należy, a co więcej będą i egzaminy i prace domowe, a poprawki niezaliczonego materiału będą płatne. Na dodatek co godzina na wykładzie pojawi się lista obecności. Na salę padł blady strach, że przelewek nie będzie i chyba trzeba zakasać rękawy i poważnie podejśc do tematu. Mistrz Hitchcock lepiej by tego początku nie wyreżyserował. Dalej dowiedzieliśmy się, że o ile jeszcze rok wczesniej kurs ATPL mial formę wykladów, to edycja zima wiosna 2008/2009 będzie stała pod znakiem egzaminów, pisania ponad 50 prac, tak, że każdy z nas stanie się prawie pełnowartościowym pisarzem. Jako, że zapisując się na kurs jechałem do XXX, w odróżnieniu od bacy, po naukę, wizja studiowania 14 tomów Jeppesena oraz chodzenia na lekcje jak uczniak w liceum jawiła mi się raczej jako przyjemność niż obowiązek i muszę przyznać, że z większości wykładów wychodziłem podbudowany sensowną wiedzą i pozytywną energią, że oto właśnie poznaję arkania latania przez duże L. Nauki było rzeczywiście sporo, bo przeskok między teorią PPL i ATPL jest ogromny.

Kurs zaczął się od Air Law czyli prawa lotniczego i od razu bez ogródek powiem, że zarówno na ATPL-u i PPL-u prowadzący zarżnęli przedmiot cytując paragrafy i opowiadając o swoich przypadkach, tudzież katastrofach lotniczych spowodowanych nieprzestrzeganiem zasad, co skutecznie pozwalało mi i innym kursantom myśleć o niebieskich migdałach, gdyż prawie wszystkie opowiastki pochodziły z programu Katastrofy lotnicze z National Geographic, które to wszyscy na kursie już kiedyś oglądali. Jednakże rozgrzeszam dobrodusznie wykładowcę, bo to chyba dość niewdzięczny przedmiot do prowadzenia, szczególnie jak się nie lata samemu w liniach. Tu do głowy przychodzi mi inny stary kawał:

Na akademii medycznej profesor przeprowadza egzamin ustny z anatomii. Studenci zdają dwójkami. Parę zdających stanowią chłopak i dziewczyna. Profesor zadaje pytanie: Czy w penisie jest kość?

- Nie - odpowiada student.

- Tak - odpowiada studentka

Na to profesor: Pan zdał a Pani się zdawało.

Podobnie było z naszym wykładowcą od prawka. Zdawało mu sie, że wykłada i że my go pilnie słuchamy. Późniejsza lektura Air Law Jepessena uświadomiła mi jak dużo materiału trzeba zapamiętać. Szczególnie dużo do nauki jest zagadnień związanych z separacjami (pionowymi, pozimymi, względem różnych pomocy nawigacynych takich jak np. NDB czy VOR, przy różnych prędkościach, przy tych samych prędkościach, na różnych klasach samolotów, w różnych klasach przestrzeni powietrznej, na różnych FL,  oraz w szczególnych miejscach takich jak np. MNPS), odpowiedzialnością dowódcy statku powietrznego, prędkościami i widzialnościami w różnych przestrzeniach, oraz wymaganiami licencyjnymi na poszczególne uprawnienia. Na PPL-ce więcej uwagi przykładano do historii prawa lotniczego, ze szczególnym naciskiem na konwencje, daty i różne organizacje i ich struktury. Moim skromnym zdaniem prawo na ATPL-u ma wymiar czysto praktyczny, a na PPLu była duża domieszka aspektów historycznych. Tak czy inaczej przeskok w tej dziedzinie jest ogromny, a nauki potworna ilość.

Dużo mniejszy szok przeżywamy podczas wykładów z Human Performance – (Człowiek i możliwości). Zarówno na PPL-u i ATPL-u miałem szczęście, bo przedmiot prowadzili lekarze, więc poziom nauczania był wyśmienity. W odróżnieniu od PPL, w programie ATPL bardzo rozwinięty jest aspekt psychologiczny latania. Dużo uwagi poświęca się stresowi, tak żeby pilot umiał go właściwie kontrolować np: przez powtarzanie  w sytuacji alarmowej zdania: Chcę umrzeć spokojnie, we śnie - tak jak mój dziadek, a nie wrzeszcząc z przerażenia tak jak jego pasażerowie. Sporo uwagi i czasu poświęciliśmy na omawianie różnego typu schorzeń i chorób. Z pytań z sali mozna było wywnioskować, że najbardziej typową chorobą dla zawodu pilota jest kiła, AIDS (hiv, hiv, hurra) tudzież alkoholizm i inne uzależnienia :) Chłopaki wykazaywali niebywałą chęć poznawczą tych zagadnień wychodząc pewnie z założenia, że lepiej być słynnym pijakiem niż anonimowym alkoholikiem, że kość nie byłaby taką złą rzeczą i szkoda, że to student miał rację. Nie wiem co mówi doświadczenie i jaka dolegliwość najczęściej nęka pilotów, jednakże bazy egzaminacyjne ze szczególnym umiłowaniem traktują hypoksję i hiperwentylację - pojawia się w nich dziesiątki pytań o te właśnie przypadłości. Jakby komputer dobrze losował pytania w ULC-u, to znając tylko te dwa zagadnienia można by było zdać ten przedmiot z notą powyżej 90%.

CDN 

sobota, 13 czerwca 2009

Dziś postanowiłem zaprosić wszystkich do zabawy. Publikuję pięć moich zdjęć lotniczych. Zadanie jest dość proste, tak mi się przynajmniej wydaje. Trzeba zidentyfikować miejsca, które owe fotografie prezentują. W odpowiedziach proszę o format typu:

 

1.warszawa okęcie

2.elbląg

3.heathrow

4.lotnisko w grudziądzu

5.hel

Jeśli jakakolwiek odpowiedź będzie błędna mój komentarz będzie brzmiał lakonicznie NIE! bez podawania ile i które odpowiedzi są błędne. Dopiero gdy ktoś poda wszystkie dobre odpowiedzi pojawi się napis TAK! A dla utrudnienia zabawy i żeby nie było spamowania jedna ważna reguła. Można dokonać tylko jednego wpisu dziennie, więc jak się pomylisz, musisz czekać do północy w nadziei, że nikt nie odgadnie łamigłówki przed Tobą. Powodzenia!

                               1. piękny samolot, ale gdzie on stoi?

2. cessna, a w środku ja, ......., SP KBW airborne, runway heading

3. jaki piękny grat, czy ktoś może wie co to za samolot?

                               4. a cóż to, wielki transformator czy jak?

 

5. siwy dym, gęsta mgła, czeski film!

 

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 17