czwartek, 26 stycznia 2012

Pyta koń konia:

-Czy wystartujesz w Wielkiej Pardubickiej w tym roku?

-Nie widzę przeszkód.

Ja też nie widziałem żadnej przeszkody, żeby od razu po kursie ATPL-a podejść do egzaminu z angielskiego. W końcu z wykształcenia jestem anglistą, część studiów odbyłem w USA, wykładałem na wyższej uczelni, a do egzaminów typu FCE, CAE czy CPE wyszło spod mojej belferskiej ręki ponad 1000 osób, więc egzamin wydawał mi się formalnością. Byłem jak ten koń co nie widział przeszkód. Szybki telefon do ULC-u i już byłem umówiony na miłe spotkanie w świątyni zła.

Jak jest w ULC-u każdy wie, a najlepiej chyba agenci CBA. Z naszym ukochanym urzędem jest tak jak ze szkockim pasterzem i owcami w starym kawale. Otóż nie wiem czy wiecie czemu szkoccy górale noszą spódniczki? Żeby owce nie płoszyły się na dźwięk rozpinanego rozporka. Mało który pilot nie był wydymany przez urząd z Flisa jak ta przysłowiowa owca z UK. Dzwoniąc do urzędu, w celu umówienia na egzamin z angielskiego, spodziewałem się więc wszystkiego co najgorsze, a tu surprise, surprise, że pojadę mową Szekspira. Pani na drugim końcu druta oznajmiła mi, że mogę przyjechać na egzamin nawet w przeciągu dwóch dni, jeśli mi się bardzo spieszy. Spieszyć mi się nie spieszyło, ale przezornie zaklepałem najbliższy możliwy termin. Na egzamin udałem się naszym narodowym przewoźnikiem PKP, który pobijał kolejny rekord w długości podróży z Trójmiasta do stolycy.

Po przybyciu do świątyni uczciwości przy ul. Żelaznej okazało się, że w sali egzaminacyjnej jest nas aż trzech. Jak widać egzamin nie budzi powszechnego zachwytu, a być może po prostu paraliżuje tych co to giętką mowę w języku obcym mają tylko po pół litrze czyściochy. Tak czy siak tłumów nie było.

Egzamin rozpoczął się od tyrady Pana ulcownika, który przez kwadrans poił nas banałami typu, że mamy słuchać ze zrozumieniem i się nie denerwować, a wszystko jest prościutkie jak drut. On sam debeściak zdał ten egzamin dla czystej zabawy z 20 razy i jest naprawdę luzik. Mam kumpla, który mówi dziewięcioma językami, ale w żadnym nie ma nic do powiedzenia. Nasz Egzaminator od razu mi go przypomniał. Różnica była tylko jedna. Pan ulcownik mówił tylko 1 językiem i w nim też nic ciekawego do powiedzenia nie miał.  Po 15 minutowym wstępie, który miał podnieść ważność egzaminu do poziomu co najmniej obrony doktoratu mogliśmy wreszcie przystąpić do dzieła. Usiedliśmy przed monitorami komputerów, założyliśmy na uszy słuchawki a la Tesco leader-price, a Pan magicznym guzikiem uruchomił system. No i okazało się, że jest szkockim pasterzem. Bo nie było ani łatwo ani przyjemnie. 

 CDN

01:43, e-notam
Link Komentarze (25) »
niedziela, 22 stycznia 2012

Widząc, że po tak długiej przerwie w pisaniu, wciąż mnie czytacie i komentujecie, poczułem się jak słynny elektyk i jego klasyczne  nie chcem, ale muszem. A skoro tak, to w nadchodzącym tygodniu historia potoczy się dalej.

 p.s.

jako, że nie przedłużałem domeny notam.pl - jakiś mój skryty wielbiciel założył tam stronkę o lotnictwie. mówię o tym tylko dlatego, żeby mnie z tamtą popeliną broń Boże nie łączyć :) 

00:00, e-notam
Link Komentarze (6) »
sobota, 24 października 2009

Kolejnym przedmiotem na kursie były procedury i kontrola ruchu lotniczego. Wykłady z tej tematyki były prowadzone przez kontrolera z Okęcia i łączyły w sobie elementy nawigacji, radionawigacji, łączności i procedur. Omawialiśmy takie zagadnienia jak QNH, QFE, QNE, QFF, OCA, OCH, MDA, MA, holdingi, segmenty podejścia, markery (OM, MM, IM), localizery PAP-y, PAF-y, SID-y, STAR-y, FIX-y, ASDA, TODA, TORA, wyliczaliśmy warstwy przejściowe, poziomy lotu, itd. Część teoretyczna była naprawdę rozległa. Podczas każdego wykładu była też część praktyczna, gdzie musieliśmy wszystko wyliczać, demonstrować i rysować na tablicy. Jednym z ćwiczeń było to, że wykładowca bawił się w samego siebie, czyli był kontrolerem, który nam - przyszłym pilotom kazał wykonać pewne manewry na tablicy, np. wykręcić holding nad jakimś przesuniętym fixie, przechwycić radial, zrobić zakręt proceduraly w oparciu np. o VOR/DME, itd. Gdy kolejni ochotnicy byli proszeni na środek sali do tablicy, aby zaprezentować swoją erudycję (a częściej jej brak) wyglądało to jak w tym kawale:

Na ćwiczeniach z biopsychologii doktor zadaje pytanie z wyświetlanego właśnie slajdu i wybiera studentów do odpowiedzi:

-Może pan?
Cisza...
-A może pani?
-Ja nie wiem...
-No to może pan?
-Ja nie widzę...
- Ooo...widzę, że bawimy się w szkołę specjalną.

Instrumenty (przyrządy pokładowe) - kolejny przedmiot, który należy przyswoić byly dużym rozczarowaniem. Wykładowca mówił o puszkach aneroidowych i różnicowych, busolach, wysokościomierzach - własciwie o wszystkich tych przyrządach, które macie w VFR-owej cesnie. Nie wiem jak wy, ale ja nie mogę już słuchać o kompensacji busoli, błedzie pociągania cieczą, wymieniać jakie ciśnienie pobiera rurka pitota, czy słuchać mądrości o tym gdzie jest puszka różnicowa, a gdzie nie. A gość właśnie o tym gadał ze szczególnym namaszczeniem, mając na stole przed sobą karton rupieci, z którego co nóż wyciągał jakieś stare części ze złomowanych samolotów, co gorsza rosyjskiej prowieniencji. Wykładowcy od razu daliśmy ksywkę złomiarz. Myślałem, że więcej uwagi poświęcimy takim przyrządom jak RMI czy HSI, ale było to próżne oczekiwanie. Jedynym „ekscytująym” momentem wykładu było trzymanie w ręku puszki aneroidowej. Takie małe g. a tyle o to pytań w bazie PPL i ATPL!

Zasady lotu to przedmiot, którego nie da się ciekawie wyłożyć. No chyba że ktoś lubi słuchać o kątach natarcia śmigła, malejącycym bądź rosnącym IAS-ie, TAS-ie oraz Machu krytycznym. Gdy zobaczyłem wykładowcę, od razu w myślach się z nim solidaryzowałem, że wszystkich nas czekają godziny męki - on będzie się męczył mówiąc, a my słuchając. A tu miła niespodzianka! Kapitan Eurolotu wyłożył temat magicznie, bo zamiast rysować tuzinami wykresy i pisać wzory niczym na wykładzie fizyki teoretycznej, zaczął wszystko od innej strony, a mianowicie mówił, czym się różni małe latanie (GA) od latania na dużych maszynach. I mówił fascynująco. Zupełnie jak w tym kawale:

Wy tu się weselicie, a mnie papuga zdechła...

- Nie gadaj, ot tak sobie zdechła?

- Nie, k***a, z efektami specjalnymi.

Po tym wykładzie utwierdziłem się po raz kolejny w przekonaniu, że niczego tak bardzo nie pragnę, jak latania w liniach. Zamiast zdezelowanej puszki aneroidowej dostaliśmy do rąk prawdziwego MEL-a (minimum equipment list) z ATR 72 i mogliśmy się choć trochę poczuć jak przyszli piloci liniowi. Magia była pełna, gdy wykładowca omawiał znaczenie różnych call-out'ów, white i red buga czy w końcu gdy zdradził nam co to jest rukojadka. Czułem się jak mały chłopiec, któremu mama czyta do poduszki książki Szklarskiego albo Karola Maya i który oczyma wyobraźni widzi rzeczy wielkie i wspaniałe, rzeczy które stają się jakimś przedziwnym imperatywem dającym motywację do tego, aby ich kiedyś doświadczyć. Po zakończeniu zajęć czułem się jak widz na sali kinowej gdy zapala się światło, a magia filmu, który właśnie się skończył wciąż jeszcze trwa. Za ten wykład cpt. Jackowi Ornackiemu mówię wielkie dziękuję. CDN

piątek, 16 października 2009

Tytuł mówi wszytsko, lub prawie wszystko. W zaświaty odszedł po 6-letniej służbie mój laptop, a wraz z nim teksty, które miały ujrzeć światło dzienne. Na szczęście popsuła się płyta główna, a twardziel ocalał i powinienem wkrótce odzyskać utracone pliki.

Są też dobre wieści dla moich ulubieńców. Szykuje się dla mnie mega intensywny czas lotniczy. W marcu mam zamiar rozesłać CV do pierwszych potencjalnych pracodawców, a  w tak zwanym międzyczasie czeka was duża dawka nowych artykułów. Jeszcze trochę cierpliwości a przekonacie się, że warto było poczekać na drugi oddech notam.pl. Myślę, że sprawię wszystkim wiernym czytelnikom super niespodziankę!

23:21, e-notam
Link Komentarze (6) »
czwartek, 06 sierpnia 2009

Pierwsza część spotkania pomiędzy CBA a pracownikami ULC-u zakończyła się hokejowym wynikiem 8-0. Pracownicy LKE w kolejnych tercjach wystąpią w koszulkach hokejowego mistrza Polski - Cracovii, czyli w pasiakach. Podczas tego jednostronnego widowiska czterech zawodników drużyny ULC zostało znokautowanych na 3 miesiące, a pozostali czterej członkowie ekipy gości w eskorcie i pod nadzorem policji opuścili miejsce potyczki. Notam.pl przewiduje dogrywkę z udziałem innych sportowców z ulicy Flisa 2. Nawiasem mówiąc stary adres drużyny LKE - ul. Żelazna brzmi, nomen omen, jakoś bardziej aktualnie.

W wyniku odniesionych obrażeń drużyna gości odwołała podobno sierpniową sesję egzaminacyjną.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 17